niedziela, 09 sierpnia 2009

Półtora roku temu napisałem na Zwerbalizowanym tekst o Macieju Rybusie. Wówczas niewiele o nim było słychać. Chłopak grywał mało, prawie w ogóle, choć zdołał zaliczyć strzelecki debiut w Ekstraklasie. Miało to miejsce tego samego dnia co publikacja wspomnianego wpisu (trafił do bramki Górnika Zabrze):



Widziałem w nim wielki talent, i wierzyłem, że pod opieką Urbana rozwinie się właściwie. Po kilkunastu miesiącach radośnie stwierdzam, że ten chłopak moich oczekiwań nie zawiódł. Może nie zrobił oszamiającej kariery, ale jednak ewoluował. Gra coraz pewniej i odważniej. Stał się podstawowym lewoskrzydłowym w ekipie Legii. W obecnym sezonie, łącznie z kwalifikacjami do Ligi Europejskiej zaliczył 427 minut na boiskach, z czego 4 razy przebywał na nich od od pierwszej do ostatniej minuty.

Wczoraj w ramach 2. kolejki Ekstraklasy zanotował niezły występ, i ukoronował go kapitalnym golem w okienko z rzutu wolnego, który Legii zapewnił zwycięstwo.

Dorobek Rybusa, co prawda, nie obliguje jeszcze do miana wielkiej gwiazdy formatu choćby ligowego, ale daje nadzieje, że jeśli nadal będzie się sukcesywnie rozwijał, to wkrótce nim zostanie. Z pewnością nie tylko ja chcę w to wierzyć. Przecież lewonożnych zawodników w reprezentacji Polski mamy jak na lekarstwo.

23:56, black_kurant
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 czerwca 2009

Południowoafrykański Puchar Konfederacji jest już historią. Były emocje, niespodzianki, dramaty i spora dawka piłkarskiej esencji w postaci goli. Byliśmy świadkami stworzenia przez Hiszpanów nowego rekordu niepokonanych, i jednocześnie zakończenia jego dalszego śrubowania. Podziwialiśmy ambitnych gospodarzy i Amerykanów, na których nikt nie stawiał, a którzy namieszali w turnieju najwięcej. Próbę generalną przed przyszłorocznym mundialem można więc uznać za udaną. Joseph Blatter miał zastrzeżenia co do infrastruktury, logistyki i bezpieczeństwa, ale aspekt czysto sportowy musiał się podobać.

Największe poruszenie wywołała sensacyjna porażka Hiszpanów, i temu wydarzeniu poświęcę kilka linijek. Czuję się do tego zobowiązany po tym, jak przed zwycięstwem Amerykanów popełniłem tę notkę.

Zwycięska passa Hiszpanii musiała się kiedyś skończyć. Myślałem jednak, że nastąpi to po wyjątkowo słabej grze ekipy Del Bosque, z przeciwnikiem wyraźnie lepiej dysponowanym. Kto by się spodziewał, że stanie się to po meczu z nijaką reprezentacją USA, która cudem przecisnęła się do półfinału. Wypadałoby ich jakoś scharakteryzować, bo skoro zabrnęli tak daleko, to powinni reprezentować jakiś styl. Ja niestety nie widzę w drużynie Boba Bradleya nic, co mogłoby zachwycać. Nasuwa mi się jedno skojarzenie - Otto Rehhagel i prowadzona przez niego Grecja z ME 2004. Ale to akurat z niczym pozytywnym się nie kojarzy, mimo iż skończyło się wielkim sukcesem.

Celem Amerykanów na południowoafrykańskim turnieju nawet nie było przetrwanie. Mając w grupie Brazylię, Włochy i Egipt, trudno wiązać płomienne nadzieje na cokolwiek. Nie wiem co siedziało w głowach Amerykanów po dwóch porażkach grupowych. Czy oni mieli jeszcze jakieś złudzenia co do awansu? Czy przewidywali, że Brazylia tak mocno zleje Włochów, a oni sami podobnie postąpią z Egiptem i utorują sobie drogę do finału?

Obiektywnie patrząc, drużyny USA nie powinno być w finale. Ich przygoda zakończyc się winna na półfinale, w którym zdołali oddać zaledwie 2 celne strzały, a przez dominujacą część meczu rozpaczliwie się bronili. Hiszpanie natomiast bili głową w mur. Na boisku rządzili niepodzielnie, a ataki przeprowadzali w sposób przemyślany. Szwankowała tylko skuteczność. Przypadłości tej symptomy widoczne były już wcześniej, choćby w meczu ze słabym Irakiem. Najwyraźniej Hiszpanie wypstrykali się meczem z Nową Zelandią.

Bezpośredniej przyczyny porażki mistrzów Europy szukałbym w ich głowach. Oni zapomnieli, co to znaczy tracić bramkę, co znaczy odrabiać straty. Ciekawe czy przyjęli w ogóle do świadomości, że ktoś na tym turnieju może im strzelić gola, i że nie będzie to Brazylia lub Włochy.

Drużyna USA zaskoczyła Hiszpanów, zaskoczyła nawet samych siebie. Awans do finału był nie tyle ich zasługą, co winą Hiszpanów. O stylu w jakim udało im się ten mecz wygrać powinni jak najszybciej zapomnieć, i nie probować go powielać w finale. Jednakże dopuścili się Amerykanie antyfutbolu ponownie. Może i mieli inny pomysł, oparty na otwartej grze, ale jak się szybko strzela gola przeciwnikowi, który jest lepszy, to nie sposób oprzeć się pokusie dowiezienia korzystnego wyniku nawet kosztem estetyki futbolowej. Jestem pełen zrozumienia dla Bradleya. Nie miał przecież atutów wystarczających do tego, by podjąć równorzędną walkę z Brazylijczykami. Musiał wykonać manewr parkowania autobusu przed bramką Howarda. Przy prowadzeniu 2:0 to wcale nie było głupie rozwiązanie. Problem w tym, że na Brazylijczyków niewystarczające.

Przekonaliśmy się, że Brazylii nie należy oceniać na podstawie pojedynczych meczów. Zdarzały im się błędy wynikające z nieuwagi i drobnego lekceważenia rangi taktyki, ale ich geniusz i talent niwelowały potknięcia do tego stopnia, że ostatecznie Canarinhos siegnęli po trofeum. Sukces tworzony był w wielkich mordęgach. We znaki Brazylijczykom mocno wdały się ekipy afrykańskie. Zwycięstwa z Egiptem 4:3 i z RPA 1:0 wymęczone były w koncówkach meczów. Ale być może to sprawiło, że w finale Kaka i spółka uwierzyli mocno w skuteczną ofensywę, a upływający czas, nieubłagalnie zbliżający się do finałowego gwizdka, przestał ich paraliżować.

Dunga zrobił to czego od niego oczekiwano - wygrał Puchar Konfederacji. Bob Bradley przerósł oczekiwania wszystkich w swom kraju. Obaj selekcjonerzy są zwycięzcami. Z tą małą różnicą, że Dunga za rok w tym samym miejscu może triumfować ponownie. A kontynuacji wyczynu amerykańskiego soccera narodowego raczej się nie doczekamy, jeszcze nie teraz. Reprezentacja USA - korzystając z łaskawości wyjątkowo sprzyjającego im losu - dokonała cudu, a ten dwa razy się nie zdarza. Przykład Grecji to potwierdza.

02:41, black_kurant
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 czerwca 2009

Rozgrzewka w sporcie to rzecz święta. W miejscu pracy zawodnicy tę świętość szanują i celebrują, ale gdy tylko wydostaną się poza strefę bacznie obserwowanych przez sztab szkoleniowy, to okazuje się, że świętość traci nagle na znaczeniu. A zemsta losu bywa okrutna. Ostatnio jego ofiarą stał się Fabio Aurelio. Obrońca Liverpoolu, jak należy domniemać, przystąpił do rodzinnego sparingu z dziećmi z marszu, bez należytego przygotowania. Inaczej kontuzji jakiej się nabawił nie sposób wytłumaczyć. Albo stąpał po nierównym gruncie, albo swoich potomków, Fabio juniora i Victorii, zwyczajnie nie docenił. Albo prawda jest zupełnie inna.

Nie pierwsza to tego typu kontuzja odniesiona przez sportowca poza areną zawodów. I niestety pewnie nie ostatnia. Skręcone kolano Brazylijczyka podczas aktywnego spedzania czasu z dziećmi kandyduje do kategorii wypadków kuriozalnych, ale na top listę nie wskoczy. Zdarzały się bowiem kontuzje dziwniejsze, żeby nie powiedzieć głupsze. Dla przypomnienia lista, jaką w ubiegłym roku przygotowali Zczubaki.

Swoją drogą, niektóre urazy wyglądają dość nieprawdopodobnie, podsuwając domysły jakoby ich bohaterowie byli jednocześnie autorami - fantastami. Lepiej przecież zostać wyśmianym za głupią kontuzję, niż oskarżonym i zlinczowanym za niesportowe prowadzenie. Ciekaw jestem, które z tych historyjek to zwykła wymówka w stylu "paluszek i główka". Bo w to, że wszystkie są prawdziwe trudno mi uwierzyć.

środa, 24 czerwca 2009

Do pisania o polskiej piłce zwykle popycha mnie zgorzknienie i cierpienie z powodu faktów tyleż zadziwiających, co kuriozalnych i żałosnych wręcz. Tym razem jest inaczej. Okazuje się bowiem, że na nieurodzaju można zasiać roślinność rokującą wzrost całkiem pokaźnego bogactwa. Wystarczy chcieć. Tak jak Tomasz Frankowski, Mirosław Szymkowiak i Marek Konieczny. W tych trzech głowach zrodziła się idea wspierania futbolu u podstaw. Na myślach się nie skończyło i od kwietnia w Krakowie funkcjonuje Akademia Piłkarska 21 im. Henryka Reymana.


W poniedziałek 23 czerwca ponad 100 dzieciaków formalnie zostało adeptami Akademii, otrzymując legitymacje członkowskie. Dziwię się, że tak mało się o tym pisze. Wydarzenie zasługuje na promocję w mediach. Warto byłoby takie inicjatywy nagłaśniać i wspierać, bo służą one unicestwianiu chorej powłoki polskiej piłki nożnej.

Akademia Piłkarska 21 bazuje na infrastrukturze J&J Sport Center Skotniki. Młodzi piłkarze mają doskonałe warunki do treningów. Rozwijać się będą pod okiem byłych i obecnych polskich piłkarzy, takich jak: Kazimierz Moskal, Bogdan Zając, Artur Sarnat, Krzysztof Bukalski, Marcin Baszczyński i Radosław Sobolewski. W planach jest także korzystanie z usług i wiedzy Henryka Kasperczaka i Franciszka Smudy. Autorytet Frankowskiego i Szymkowiaka będzie bardzo pomocny w nawiązywaniu współpracy także ze sponsorami, bo takowych ów przedsięwzięcie materialnie niedochodowe potrzebuje.

Paradoksalnie powodem powstania Akademii Piłkarskiej im. H. Reymana była Wisła Kraków. Konieczny, Frankowski i Szymkowiak chcieli swój pomysł przekuć na reformę szkółki TS Wisła. Spotkali się z dezaprobatą. Można podejrzewać, że chodziło o pieniądze. No tak, to typowe...

Na szczęście trio idealistów z pomysłu założenia Akademii nie zrezygnowało, i chwała im za to. Pozostaje życzyć im nieustającej pasji w tym co robią, wychowania wielu talentów na miarę reprezentacji, oraz znalezienia wielu naśladowców w całej Polsce. Ku chwale piłkarskiej ojczyzny!

 

Źródło: interia.pl

Ci chłopcy ewidentnie nie lubią siedzieć na ławce. Czują, że ich miejsce jest na murawie. To dobry prognostyk.


Uroczyste wręczenie legitymacji członkostwa AP21: część I, część II, część III, część IV.

18:07, black_kurant
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 czerwca 2009

Piłkarska reprezentacja Hiszpanii przeżywa ostatnio wzloty, jakich nigdy dotychczas nie doświadczała. Zwycięstwem 2:0 nad Republiką Południowej Afryki przypieczętowała wspaniały długodystansowy pościg za rekordem należącym do Brazylii. Jeżeli Hiszpanie nie przegrają półfinału Pucharu Konfederacji to staną się samodzielnymi rekordzistami z 36 meczami bez porażki. Takiego wyczynu na naszym globie nie dokonał jeszcze nikt. A już teraz "La Roja" jest unikatem jeśli chodzi o serię zwycięstw (15).

W tomiku poezji hiszpańskiej tworzonym przez prawie 2,5 roku znalazło się miejsce na jedno arcydzieło - mistrzostwo Europy, a obecnie trwają prace nad kolejnym - nieco mniej prestiżowym - triumfem w Pucharze Konfederacji. Rozgrywki wkraczają w fazę decydującą. O porażkę ekipy Del Bosque jest już coraz łatwiej, ale jeśli w ciągu najbliższych trzech meczów (półfinał, ew. finał lub mecz o 3 miejsce) żaden z rywali nie napisze epilogu dla kroczącej dumnie Hiszpanii, to objętość tomiku może znacznie się powiększyć. W tym roku Hiszpanów czeka sparing z Macedonią, spotkania w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata z Belgią i Estonią u siebie oraz z Armenią i Bośnią-Hercegowiną na wyjazdach. Trudno przewidywać, by któryś z tych kopciuszków przerwał kapitalną passę "La Roja". Jeżeli już, to zrobi to Argentyna, z którą Hiszpanie zagrają towarzysko w listopadzie.

Reprezentacja Hiszpanii, pomimo iż nie zawsze gra na 100% swoich możliwości, to poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Po długiej erze pięknych porażek priorytetem stały się wreszcie wyniki osiągane permanentnie. To pociągało za sobą konieczność umiejętnego zarządzania wysiłkiem. Bywało więc tak, że Hiszpanie czasem grali oszczędnie, ale dzięki temu zapomnieli co znaczy zejść z boiska pokonanym.

Oczywiście jakość estetyczna podopiecznych Vicente del Bosque nie straciła na wartości. Futbol w ich wykonaniu nadal cieszy oko. Wciąż możemy liczyć na błyskotliwe akcje i charakterystyczny dla piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego "passing style". Obok olbrzymich zasobów piłkarskich, to właśnie podania z naciskiem na charakter wykonania "krótko, szybko i najlepiej po murawie", są ojcem sukcesu kadry Hiszpanii.

Styl ten ulegał ciągłej ewolucji. Reprezentacja Polski z cudownego mundialu '74 wykonywała przeciętnie 250 podań w meczu. Ale już na przykład finaliści EURO 2004 - około 380 podań. Obecnie coraz więcej drużyn potrafi osiągnąć wynik przekraczający 400 podań. FC Barcelona i reprezentacja Hiszpanii są jednak w tej dziedzinie niedoścignionymi jeszcze wzorami. Dla nich granica 500, a nawet 600 dokładnych podań to chleb powszedni.

W Pucharze Konfederacji Hiszpanie zaliczyli w trzech meczach łącznie 1621 skutecznych podań, co stanowi 82,5% ogółu wykonanych podań. Średnia na mecz to 540 podań. W tej klasyfikacji pozostali uczestnicy turnieju są jedynie tłem:

Hiszpania - 540
Brazylia - 391
Włochy - 385
RPA - 370
Egipt - 359
Nowa Zelandia - 287
Irak - 254
USA - 204

Młodym adeptom sztuki piłkarskiej wpaja się prawdę, że piłka jest szybsza i nigdy się nie męczy, zmuszając w ten sposób dzieciaki do częstszego wprawiania futbolówki w ruch, oszczędzając jednocześnie podatny na zmęczenie materiał ludzki. Właściwe wnioski z tej lekcji najlepiej wyciągnęli piłkarze hiszpańscy. Statystyki z Pucharu Konfederacji dobitnie dowodzą oczywistej prawdy, że kto ma piłkę, ten biega mniej (wyniki uśrednione):

Hiszpania - 99 km
Brazylia - 100 km
Egipt - 103 km
Irak - 104 km
RPA - 106 km
USA - 106 km
Włochy - 110 km
Nowa Zelandia - 111 km

Podobna ilość przebiegniętych kilometrów pomiędzy Hiszpanią i Brazylią wynika z tego, że obie ekipy mają świetnie wyszkolonych piłkarzy, którzy potrafią się utrzymać przy piłce. Drużyny różni jednak, i to znacząco, ilość podań. Hiszpania wymienia ich średnio o 150 więcej niż "Canarinhos", bo zamiast wdawać się w dryblingi, woli promować to co w futbolu najważniejsze - wspólne dążenie do wspólnego celu.

Metoda oparta na podaniach okazuje się skuteczna od początku 2007 roku. Taka rozpiętość czasowa to doskonały powód, by głosić jednoznaczne twierdzenia - już nawet nie hipotezy, bo argumenty są nazbyt oczywiste - że reprezentacja Hiszpanii stała się prekursorem futbolu XXI wieku. Wstrzymali chaos, ruszyli piłkę...

20:03, black_kurant , Taktycznie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23



Blogi Sportowe

blogi

Napisz do mnie